piątek, 19 kwietnia 2013

18. Fałszywa mapa




Czarny kruk przeleciał nad głową Briana. Chłopak schylił się i przeklął cicho. Nigdy nie lubił tych ptaszysk.
― Nie wlecz się tak ― warknął Aneneus.
Młody wilkołak zerknął na niego ukradkiem, jednocześnie przyspieszając kroku.
Aneneus zawsze przerażał Briana. Chyba nawet bardziej niż Sheridan. Wielu uważało go za najbardziej mściwego i okrutnego z całej watahy. Nic dziwnego, skoro morderstwo było dla niego prawdziwą przyjemnością. Chłopak już nie raz słyszał jak przechwalał się on swoimi polowaniami i liczbą ludzi, która padła jego ofiarą. Brian pocieszał się tylko myślą, że gdyby nie wielka siła starszego wilkołaka to długo, by on nie przeżył. Był na to zbyt głupi i porywczy.
― Właź ― rozkazał Aneneus, wskazując na ogromne drzwi.
Brian wiedział co się za nimi znajduje i dlatego wcale mu się nie uśmiechało wchodzenie do środka. Miał dziwne przeczucie, że nic dobrego go tam nie czeka.
― Chyba się nie boisz, co? ― zadrwił wilkołak.
― Nie ― odpowiedział hardo chłopak.
Nie daj sobą pomiatać. Pamiętaj. Jeszcze, im wszystkim pokarzesz ― powtarzał sobie w myślach.
― No to na co czekasz? ― mówiąc to Aneneus popchnął Briana tak mocno, że ten uderzył twarzą w zamknięte drzwi. Dało się usłyszeć cichy chrzęst i jęk młodego wilkołaka.
Krew sączyła się chłopakowi ze złamanego nosa i napływała mu do rozchylonych ust. Próbował wytrzeć ją rękawem płaszcza, ale ona nie przestawała ciec. Zacisną na chwilę oczy z nadzieją, że uda mu się powstrzymać łzy. Jego urażona duma bolała równie mocno jak nos.
― Mało ci jeszcze? Rusz się w końcu!
Brian nie czekał na kolejny cios i szybkim szarpnięciem otworzył wrota. Nie oglądał się za siebie. Nie chciał patrzeć na zarośniętą gębę Aneneusa. Nie chciał widzieć jego ciemnych, wiecznie potarganych włosów ani krzaczastych brwi nad małymi, czarnymi oczami. Nie zależało mu też na ujrzeniu ironicznego uśmieszku na wargach starszego wilkołaka.
Wchodząc do wielkiej, mrocznej sali Brian zauważył, że Torin i Sheridan obserwują go. Z pewnością nie wyglądał najlepiej z twarzą umazaną w zaschniętej krwi i ze złamanym nosem. Może nawet zastanawiali się co mu się stało. Jednak chłopaka wyjątkowo nie obchodziło co myślą oni w tej chwili. A powodem tego była obecność pewnej osoby, która na razie nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Dzisiaj jej twarz nie ukrywała się pod kapturem płaszcza, ale mimo to młody wilkołak nie potrafił z niej wiele wyczytać.
Postać, która stała w pewnym oddaleniu od niego wyglądała jak nieruchomy posąg. Powaga i skupienie malowało się na jej bladym obliczu. Czarne włosy opadały na ramiona, a ciemne oczy utkwione były w kartce papieru, trzymanej w ręku. Brian dostrzegł też na jej prawej dłoni bliznę, której wcześniej nie zauważył. Ciągnęła się ona od nadgarstka aż do kciuka.
― Cieszę się, że nareszcie do nas dotarłeś ― odezwała się kobieta, podnosząc swój wzrok na młodego wilkołaka i robiąc kilka kroków w jego stronę. ― Widzę jednak, że miałeś z tym jakieś trudności.
Chłopak zacisną usta, słysząc za sobą donośny śmiech. Obstawiał, że to Aneneus. Zresztą kimkolwiek on, by nie był zaraz ucichł pod wpływem, zaledwie jednego, krótkiego spojrzenia czarnych jak smoła tęczówek.
― Najlepiej będzie jak przejdę do tematu ― zaczęła. ― Zapewne, wiesz co to jest, prawda?
Oczywiście, że wiedział co to jest. Razem z Sheridanem przynieśli to do niej jak tylko wrócili.
― Wiem. To mapa.
― A powiesz mi skąd ją macie?
― No… Wzięliśmy z chaty strażniczek.
― No oczywiście. A czy mógłbyś rozbudować swoją wypowiedź?
― Eeee… Tak, więc…  W nocy, gdy obserwowaliśmy chatę ja zauważyłem niedomknięte okno. Powiedziałem o tym  Sheridanowi, a on stwierdził, że to wielka szansa, więc weszliśmy do środka. Kiedy się rozglądaliśmy zauważyła nas jedna strażniczka. No, ale udało nam się ją złapać. Powiedzieliśmy, żeby dała nam mapę. Na początku nie chciała, ale później nieźle ją nastraszyliśmy i zaprowadziła nas do małego pokoiku na samej górze. Otworzyła wielki kufer. Była w nim mapa. Zabraliśmy ją, a strażniczkę zakneblowaliśmy i związaliśmy.
― Ciekawa historia. Sheridan opowiedział mi coś bardzo podobnego. Tylko, że jest pewien mały problem.
Brian słysząc ostatnie słowo poczuł, że serce zaczęło mu bić szybciej. Miał jakieś przeczucie, że w wydarzeniach tamtej nocy było coś dziwnego. Nie wiedział jednak co.
― Mapa jest fałszywa ― oznajmiła czarnowłosa kobieta, przewiercając chłopaka swoim spojrzeniem na wylot.
Z tyłu słychać było szepty i głosy zaskoczenia. Nikt chyba nie spodziewał się takiej wiadomości.
― Wybacz Pani, ale to nie możliwe. Sam… ― zaczął Sheridan, ale nie dane mu było dokończyć.
― Nie słyszysz tego co mówię? Mapa jest fałszywa. Strażniczki was oszukały. Zmieniły wam wspomnienia i wcisnęły jakiś kit razem z tą podróbką.
Brian zerknął na moment na twarz stojącej przed nim kobiety. Zawsze zastanawiało go jak może ona tak dobrze ukrywać swoje emocje. Wyglądała jakby wciąż nosiła taką samą maskę. Wieczny spokój. Nawet, teraz gdy mówiła to nie krzyczała. Nic absolutnie nic nie zdradzało tego jak bardzo jest wściekła. I to było w niej najbardziej przerażające.
            ― Znów mnie zawiodłeś, Brianie.
Chłopak natychmiast spuścił wzrok. Przyglądał się teraz złotemu kluczowi wiszącemu na szyi jego rozmówczyni. Był pewien, że czeka go kara. Wciąż tylko nie wiedział jak okrutna.
― Proszę o wybaczenie Pani ― powiedział cicho, modląc się w duchu, aby wybrnąć z kłopotu możliwie bezboleśnie.
― To nie wystarczy. Zmarnowałeś nie jedną, lecz dwie szanse. Trzeciej nie będzie. Musisz ponieść wszelkie konsekwencje swoich czynów.
            Brian był w szoku. Nie rozumiał co się dzieje. Jak to trzeciej szansy nie będzie? Co się z nim teraz stanie? To nie jego wina, że strażniczki go oszukały!
            Jego serce wybijało szybki rytm, spocone dłonie trzęsły się z nerwów, a w głowie wciąż rozbrzmiewały słowa: Musisz ponieść wszelkie konsekwencje swoich czynów.
― Sheridanie ― powiedziała nagle kobieta. ― Podejdź.
― Pani wybacz mi. Zawsze starałem się dobrze wypełniać twoje polecenia. Ten błąd…
― Spokojnie Sheridanie. Wiem, że się starasz i wypełniasz moje polecenia. Właśnie dlatego mam dla ciebie pewne zadanie.
― Jakie moja Pani?
― Zaprowadź Briana na skraj lasu. W razie problemów z tym Aneneus ci pomoże. Poczekasz tam na mnie z wykonaniem egzekucji.
― Egzekucji? ― spytał zaskoczony Sheridan.
― Tak, egzekucji. Masz zabić Briana.
Ostatnie zdanie rozbrzmiewało w sali jeszcze przez dłuższą chwilę.
Na początku do młodego wilkołaka nie dotarło to co usłyszał. Wszystko wydawało mu się takie nierealne. Nie mógł zrozumieć, że ktoś już zadecydował o jego życiu, a raczej końcu życia. Nie spodziewał się, że śmierć przyjdzie tak szybko. Prosił o karę bez przeraźliwego bólu, ale od razu śmierć? Nie czuł strachu. Było tylko zdziwienie.
Nie szarpał się, gdy go wyprowadzali. Nie krzyczał. Nie błagał o litość. W ogóle nie pamiętał jak znalazł się na dworze. Patrzył na zielone drzewa, nieświadomy co się wokół niego dzieje. Nieświadomy jak mało życia mu zostało.
Ocknął się dopiero, zobaczywszy kilka metrów przed sobą wielkiego, szaro-czarnego wilka. Bestia przyglądała mu się cicho powarkując.
To chyba ten widok sprawił, że w chłopaku obudził się strach przed tym co za chwilę się wydarzy. Wiedział, że nie ma sensu ani walczyć, ani uciekać, będąc otoczonym przez wilkołaki, głodne rozlewu krwi.
― Czas się pożegnać, Brian ― usłyszał kobiecy głos.
Nawet nie spojrzał na jego właścicielkę. Nie mógł oderwać wzroku od postaci wilka idącego ku niemu.
― Błagam ― szepnął ― To nie moja wina. Dobrze wiesz, że ja nigdy…
Przez chwilę w czarnych tęczówkach pojawiło się coś na kształt współczucia. Jednak później słychać już było tylko groźne warknięcie i krzyk bólu.
Nagle wszystko umilkło. Jedynie przestraszony kruk zerwał się do lotu, niszcząc grobową ciszę jaka nastała.
Evan nie mógł uwierzyć w to czego był świadkiem. Patrzył na zakrwawione ciało swojego przyjaciela, bo właśnie tym był dla niego Brian. Był przyjacielem. Patrzył i wciąż zadawał sobie pytanie: Dlaczego?
Słyszał podniecone głosy innych wilkołaków. Niektórzy byli zadowoleni, inni tak jak on nie rozumieli powodów tego zajścia. Jedno było pewne. To było wielkie, niezapomniane wydarzenie. I o to pewnie chodziło czarnowłosej kobiecie, która teraz ze spokojem kazała wszystkim się rozejść.
Evan spojrzał po raz ostatni na leżące zwłoki. Poszarpany płaszcz i bluzka przesączone były krwią. Twarz ,,zdobiło” kilka ran, z których ciekła czerwona posoka, a jedna z rąk chłopaka sterczała pod dziwnym kątem.
Wilkołak chciał zabrać ciało Briana i pochować je w jakimś ładnym i spokojnym miejscu, ale nie było mu to dane, bo Sheridan właśnie je zabierał. Pewnie ma zamiar zostawić je gdzieś na pożarcie dzikim zwierzętom. 






                         
Od autorki:
Wiem, że niektórzy z was polubili Briana. Ja też. Muszę, jednak przyznać, że wymyślając opowiadanie o strażniczkach wcale nie planowałam stworzenia takiego bohatera. Postać Briana powstała w przypływie chwili i weny na potrzeby rozdziału dziesiątego. Później trochę trudno mi było się z nim rozstać i napisałam kilka innych fragmentów z jego udziałem. Plany co do niego miałam różne. Jeden z nich znajduje się właśnie na górze. Mam tylko nadzieję, że nie znienawidzicie mnie z powodu tego co mu zrobiłam :) Brian dostał ode mnie dwa zadania. Po pierwsze miał ujawnić jak okrutna jest nasza ,,kochana” postać ukrywająca się pod czarną peleryną, a po drugie ukazać problem młodej osoby, która nie do końca potrafi się dopasować i jest odrzucana przez otoczenie. Czy dobrze udało mi się to przedstawić? To do was należy ocena.